środa, 28 lutego 2018

Nie daj dupy, życie masz tylko jedno

Allo, Allo! Tu nocny jastrząb! (pozdro dla kumatych). W sumie to nie jastrząb, ale nocny na pewno. Zapytacie dlaczego? Ano dlatego, że cierpię… nie, nie, nie. Po prostu nie sypiam zbyt dobrze i piszę ten tekst w nocy.
Ostatnio obserwuję zjawisko, które roboczo nazywam “zapuszczeniem korzeni”. Nie chodzi mi tutaj o ustatkowanie się, zakładanie rodziny itd. Chodzi głównie o stagnację — permanentne i progresywne lenistwo, które doprowadza do frustracji, a może nawet w jakiś sposób do depresji, zwłaszcza przy dłuższym “stosowaniu”. Dobra, do rzeczy. Wszyscy pracujemy, studiujemy, chodzimy do szkoły. Generalnie nasze codzienne życie ma jakiś rytm. Irytują nas współpracownicy, klienci, szef. Mamy problemy w domu, z drugą połówką, ze sobą nawet. Przeżywamy również radości, uniesienia i jesteśmy dumni z sukcesów przyjaciół, a przede wszystkim własnych. Tylko w tym problem, że radości coraz mniej, sukcesy się nie liczą, a o uniesieniach to już można zapomnieć. Nie powiem wam dlaczego tak się dzieje, że nagle przestajemy zauważać w życiu te wszystkie drobnostki, które kiedyś dawały tyle frajdy. Nie jestem psychologiem, ani nikim wykwalifikowanym. Chciałbym jedynie przekazać, że tak się nie da funkcjonować na dłuższą metę bo tracimy swoje dotychczasowe życie i w jakiś sposób rujnujemy je naszym bliskim.
Przejdźmy do pierwszego aspektu tego problemu. Nazwę go “zdrewnienie”. Jeszcze przed kompletnym zakorzenieniem się w sferze “dom — praca — dom” — ewentualnie jakiejś innej, ale równie wąskiej — zaczyna kiełkować w nas ziarnko malkontenctwa. Objawia się to wiecznym negowaniem czyichś gustów w dość bezczelny sposób, wyśmiewaniem pomysłów na rozrywkę, jakiś rozwój osobisty (nie mówię tu o kołczowaniu, uchowaj Boże, tylko o zwyczajnym pchaniu swojego życia w dogodną dla nas stronę), czy po prostu narzekaniem na wszystko i wszystkich.
Zaraz po tym przychodzi druga fala “zdrewnienia”, która charakteryzuje się powolnym wykluczaniem różnych aktywności, czy to fizycznych, czy umysłowych, czy nawet społecznych. Stopniowo usuwamy ze swojego życia wszystkie punkty zapalne, by się w jakiś sposób spełniać i, co za tym idzie, zwyczajnie cieszyć z osiągniętych celów. (Pewnie gdzieś w tym momencie czytania tego tekstu, jesteście zirytowani, że oceniam ludzi i w ten sposób opisuję to zjawisko. Czemu tak robię? Odpowiedź jest prosta. Sam przez to wszystko przeszedłem i teraz twierdzę, że byłem okropną osobą).
Koniec dygresji, wracajmy. I ostatnia fala, która już przychodzi bardzo szybko — świadome odrzucanie od siebie ludzi, oraz nieświadome odpychanie tych, którym wciąż na nas zależy, mimo tego, jacy się staliśmy. Skutkuje to tym, że to oni decydują się na brak kontaktu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ogromnych rozmiarów przeświadczenie o tym, że jesteśmy nieomylni i nasze zdanie, poglądy, czy też tezy są nadrzędne. Teraz wiem, jak bardzo się myliłem, myśląc w ten sposób i jak bardzo mylą się ci, których ten problem dotyka. Cały ten proces “zdrewnienia” powoduje, że zapuszczamy korzenie w swoim małym świecie izolacji i wszechobecnej krytyki. Stagnacja doprowadza wszystkich dookoła do nerwów, smutku, potem uczucia obojętności względem takiej zakorzenionej osoby, albo zarażenia się tym “cholerstwem”.
Chciałbym żeby ci wszyscy, którzy dostrzegą problem, spróbowali chociaż coś zmienić. Mi, poniekąd, pomogła mała katastrofa w życiu; skłoniła do trochę głębszej analizy samego siebie i swoich zachowań. Bo ważne jest to, żeby przed zrobieniem czegoś — wykonaniem jakiegoś gestu, czy powiedzeniem jakiegoś zdania, przeanalizować je. Zastanowić się czy warto i czy nie zrobimy w ten sposób krzywdy sobie albo komuś innemu. Mi nie zawsze się udaje, ale się staram i często pamiętam, żeby się zastanowić nad tym co mam właśnie zrobić. Jeśli uda się wam wyeliminować tę gorycz z waszego życia, to nagle wrócą stare siły, a dzięki nim również radość i energia. I mówię wam to wszystko jako osoba, która przeszła przez każdy etap tego zjawiska, a opamiętałem się zaraz przed kompletną stagnacją. Taką samą jak dostrzegam u różnych ludzi — bliskich, kompletnie obcych, albo tych, co znam tylko trochę. Spędziłem parę nocy na myśleniu, że może to ja jestem chujowy, a nie oni i to był pierwszy krok do ogarnięcia samego siebie. Myślę, że gdy już chociaż spróbujecie być trochę lepsi, i reszta to zauważy, to pomoże wam się całkowicie z tego wydostać.

P.S. Było to gadanie dość nietypowe, jak na mnie, bo staram się nie poruszać takich tematów. Jak pisałem, nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale bardzo chciałem to z siebie wyrzucić. Żeby nie było tak poważnie, to następna notką będzie jakaś pseudo-recenzja. Nie wiem czy albumu muzycznego, filmu czy przyczłapów do bulgulatora ale tak, to będzie recenzja na sto procent.

środa, 7 lutego 2018

Lekka schizofrenia

Nie ma człowieka, który zawsze przedstawia tylko jeden wariant swojej natury, a jeżeli taki istnieje, to musi być nudny (wiem odważne osądy, ale tak uważam). Nie mówię tu oczywiście o rozdwojeniu jaźni czy rozłamie osobowości. Nie chodzi mi nawet o umiejętność dostosowywania charakteru do sytuacji czy kompanów, tylko o dwa style życia, które ujawniają się bardzo nieregularnie w naszym/moim życiu. Piszę “w moim”, ponieważ chciałem wam przedstawić głównie “mój problem” Nie uważam go do końca za coś złego, jednak chwilami jest to uciążliwe i nie pozwala mi na konsekwentne podtrzymywanie założeń i planów.

– O czym ty pieprzysz Gębczyk?

Ano o tym, że raz trzymam życie za tzw. “mordę”. Jestem dążącym do własnych celów facetem, w dobrze dobranej koszuli (czasem w kombinezonie roboczym), zarabiającym na moje marzenie, czyli firmę produkcji wideo. Ale czasem jest tak, że pojawiam się drugi "ja" i jestem już rockersem w rozchełstanej koszuli, z potarganą grzywą zasłaniającą pół twarzy. Nie umiem się wtedy na niczym skupić i gram większą część dnia na gitarze, czy siedzę wieczorem w barze z kumplami, “waląc” trzecie czy czwarte piwo (bądź “szkocką” czy inną “flaszkę na szczurach” – jak to mawiają amatorzy Taterek bądź Red Labela z polskiej manufaktury spirytusowej czyli With Red Sheet of Paper bitchezz!, czy innych zaskakujących w smaku specyfików.)

Przyjmijmy, że pierwszy opisywany przeze mnie tryb mojej osobowości to będzie “przedsiębiorca”, a drugi, wyżej już wymieniany – “rockers”. Jakiś czas temu rockers wygrywał starcie z przedsiębiorcą. Zapuściłem się odrobinę wizualnie tj. spasłem się jak wieprz. Dobrnąłem do wagi 95 kilogramów, co skutkowało pojawieniem się brzucha jak u Robcia Makłowicza i drugiego podbródka jak u Jabby (o wspaniały królu czarnego rynku Tatooine). Straight jeansy zmieniły się w rurki, rurki w legginsy, i niestety musiałem je porzucić, a mój niebieski garnitur nagle stał się dwa rozmiary mniejszy (do tej pory nie rozumiem tej magicznej przemiany). Postanowiłem wziąć sprawy w swoje krzywe łapska i zmienić trochę styl życia. Jeść bardziej świadomie i rozsądnie, ale nie odmawiać sobie przy tym przyjemności takich jak Pizza od Irka (Irek robi takiego placuszka, że “aż pitok mi odlatuje” - cytując klasyka), dobrego portera co jakiś czas czy szklanki whisky z kumplami. Przedsiębiorca walczy o to, żebym regularnie biegał, chodził na koszykówkę, nie zjadał trzech talerzy spaghetti na obiad tylko jeden, trochę rozsądniej wybierał dania w knajpach i w ogóle same knajpy na lunch czy obiad. Nie smażyć sobie burgerka tylko zrobić makaron ze szpinakiem itd. Schudłem 15 kilogramów, wyglądam korzystniej niż wcześniej i czuje się tak “zdrowotnie” dużo lepiej (to pewnie również zasługa permanentnego rzucenia fajek, czego rockers mi zabraniał bardzo długo i często do nich wracałem; generalnie polecam każdemu jako “pieprzony neofita”, rzućcie pety). Nie biegam codziennie, więc siłą rzeczy któryś wieczór mam wolny. No to wypada spotkać się z przyjaciółmi. Jak tu odmówić piwa najlepszej bloggerce na świecie, urodziwej żydówce, czy fanatykowi uszczelek spod głowicy, tłoków i innych zawartości silnika, bądź architektowi z nienaganną fryzurą (specjalnie nie chce ujawniać danych tych osób, ale kto ma wiedzieć ten wie pzdr. 600 na rejonie). I tutaj bardzo często odzywa się rockers, który proponuje mi drugie, trzecie, czwarte piwo zamiast jednego, whisky, rum czy inny alkohol gotowy do przyjemnego spożycia. Myślicie sobie, no jak ktoś raz wypije trochę więcej to nic się nie stanie – i macie racje. Tylko bywa często tak, że wracam do domu, a tu okazuje się, że mam wstać bardzo rano i czeka mnie dużo pracy fizycznej, albo miałem zmontować film na pojutrze dla klienta, czy wysłać mu chociaż część do wglądu. Wtedy jest tragedia bo zarywam nockę przy Premiere Pro, ponieważ nie pozwolę sobie na fuszerkę i światło monitora wypala mi oczy, a rano znów czuje się nieprzydatny do używalności.

No i od jakiegoś czasu borykam się z tym prozaicznym problemem, który ma pewnie miliard innych ludzi, bo przedsiębiorca pojawił się dopiero dosłownie parę lat temu i walczy o słuszną sprawę z tym “drugim”. Trudno mi się całkowicie oderwać od tego mniej poukładanego wcielenia, bo większość mojego adolescentnego życia to rock’ n roll, objawiający się w wielu aspektach – grając w kapeli muszę mieć ten "polot" i "swing".

Koniec tego smutnego pierdzenia. Ja jestem Andrzej i chce się tym tekstem z Wami przywitać, ponieważ dzięki temu zrozumiecie dlaczego na tym blogu będzie taki tematyczny chaos, który paradoksalnie jest pod lekką kontrolą. Teraz adiós, bo lecę gotować pasta napoli dla rodzinki.

Czytelnicy:

CREATED BY
MAYAKO