Allo, Allo! Tu nocny jastrząb! (pozdro dla kumatych). W sumie to nie jastrząb, ale nocny na pewno. Zapytacie dlaczego? Ano dlatego, że cierpię… nie, nie, nie. Po prostu nie sypiam zbyt dobrze i piszę ten tekst w nocy.
Ostatnio obserwuję zjawisko, które roboczo nazywam “zapuszczeniem korzeni”. Nie chodzi mi tutaj o ustatkowanie się, zakładanie rodziny itd. Chodzi głównie o stagnację — permanentne i progresywne lenistwo, które doprowadza do frustracji, a może nawet w jakiś sposób do depresji, zwłaszcza przy dłuższym “stosowaniu”. Dobra, do rzeczy. Wszyscy pracujemy, studiujemy, chodzimy do szkoły. Generalnie nasze codzienne życie ma jakiś rytm. Irytują nas współpracownicy, klienci, szef. Mamy problemy w domu, z drugą połówką, ze sobą nawet. Przeżywamy również radości, uniesienia i jesteśmy dumni z sukcesów przyjaciół, a przede wszystkim własnych. Tylko w tym problem, że radości coraz mniej, sukcesy się nie liczą, a o uniesieniach to już można zapomnieć. Nie powiem wam dlaczego tak się dzieje, że nagle przestajemy zauważać w życiu te wszystkie drobnostki, które kiedyś dawały tyle frajdy. Nie jestem psychologiem, ani nikim wykwalifikowanym. Chciałbym jedynie przekazać, że tak się nie da funkcjonować na dłuższą metę bo tracimy swoje dotychczasowe życie i w jakiś sposób rujnujemy je naszym bliskim.
Przejdźmy do pierwszego aspektu tego problemu. Nazwę go “zdrewnienie”. Jeszcze przed kompletnym zakorzenieniem się w sferze “dom — praca — dom” — ewentualnie jakiejś innej, ale równie wąskiej — zaczyna kiełkować w nas ziarnko malkontenctwa. Objawia się to wiecznym negowaniem czyichś gustów w dość bezczelny sposób, wyśmiewaniem pomysłów na rozrywkę, jakiś rozwój osobisty (nie mówię tu o kołczowaniu, uchowaj Boże, tylko o zwyczajnym pchaniu swojego życia w dogodną dla nas stronę), czy po prostu narzekaniem na wszystko i wszystkich.
Zaraz po tym przychodzi druga fala “zdrewnienia”, która charakteryzuje się powolnym wykluczaniem różnych aktywności, czy to fizycznych, czy umysłowych, czy nawet społecznych. Stopniowo usuwamy ze swojego życia wszystkie punkty zapalne, by się w jakiś sposób spełniać i, co za tym idzie, zwyczajnie cieszyć z osiągniętych celów. (Pewnie gdzieś w tym momencie czytania tego tekstu, jesteście zirytowani, że oceniam ludzi i w ten sposób opisuję to zjawisko. Czemu tak robię? Odpowiedź jest prosta. Sam przez to wszystko przeszedłem i teraz twierdzę, że byłem okropną osobą).
Koniec dygresji, wracajmy. I ostatnia fala, która już przychodzi bardzo szybko — świadome odrzucanie od siebie ludzi, oraz nieświadome odpychanie tych, którym wciąż na nas zależy, mimo tego, jacy się staliśmy. Skutkuje to tym, że to oni decydują się na brak kontaktu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ogromnych rozmiarów przeświadczenie o tym, że jesteśmy nieomylni i nasze zdanie, poglądy, czy też tezy są nadrzędne. Teraz wiem, jak bardzo się myliłem, myśląc w ten sposób i jak bardzo mylą się ci, których ten problem dotyka. Cały ten proces “zdrewnienia” powoduje, że zapuszczamy korzenie w swoim małym świecie izolacji i wszechobecnej krytyki. Stagnacja doprowadza wszystkich dookoła do nerwów, smutku, potem uczucia obojętności względem takiej zakorzenionej osoby, albo zarażenia się tym “cholerstwem”.
Chciałbym żeby ci wszyscy, którzy dostrzegą problem, spróbowali chociaż coś zmienić. Mi, poniekąd, pomogła mała katastrofa w życiu; skłoniła do trochę głębszej analizy samego siebie i swoich zachowań. Bo ważne jest to, żeby przed zrobieniem czegoś — wykonaniem jakiegoś gestu, czy powiedzeniem jakiegoś zdania, przeanalizować je. Zastanowić się czy warto i czy nie zrobimy w ten sposób krzywdy sobie albo komuś innemu. Mi nie zawsze się udaje, ale się staram i często pamiętam, żeby się zastanowić nad tym co mam właśnie zrobić. Jeśli uda się wam wyeliminować tę gorycz z waszego życia, to nagle wrócą stare siły, a dzięki nim również radość i energia. I mówię wam to wszystko jako osoba, która przeszła przez każdy etap tego zjawiska, a opamiętałem się zaraz przed kompletną stagnacją. Taką samą jak dostrzegam u różnych ludzi — bliskich, kompletnie obcych, albo tych, co znam tylko trochę. Spędziłem parę nocy na myśleniu, że może to ja jestem chujowy, a nie oni i to był pierwszy krok do ogarnięcia samego siebie. Myślę, że gdy już chociaż spróbujecie być trochę lepsi, i reszta to zauważy, to pomoże wam się całkowicie z tego wydostać.
P.S. Było to gadanie dość nietypowe, jak na mnie, bo staram się nie poruszać takich tematów. Jak pisałem, nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale bardzo chciałem to z siebie wyrzucić. Żeby nie było tak poważnie, to następna notką będzie jakaś pseudo-recenzja. Nie wiem czy albumu muzycznego, filmu czy przyczłapów do bulgulatora ale tak, to będzie recenzja na sto procent.
P.S. Było to gadanie dość nietypowe, jak na mnie, bo staram się nie poruszać takich tematów. Jak pisałem, nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale bardzo chciałem to z siebie wyrzucić. Żeby nie było tak poważnie, to następna notką będzie jakaś pseudo-recenzja. Nie wiem czy albumu muzycznego, filmu czy przyczłapów do bulgulatora ale tak, to będzie recenzja na sto procent.