Nie ma człowieka, który zawsze przedstawia tylko jeden wariant swojej natury, a jeżeli taki istnieje, to musi być nudny (wiem odważne osądy, ale tak uważam). Nie mówię tu oczywiście o rozdwojeniu jaźni czy rozłamie osobowości. Nie chodzi mi nawet o umiejętność dostosowywania charakteru do sytuacji czy kompanów, tylko o dwa style życia, które ujawniają się bardzo nieregularnie w naszym/moim życiu. Piszę “w moim”, ponieważ chciałem wam przedstawić głównie “mój problem” Nie uważam go do końca za coś złego, jednak chwilami jest to uciążliwe i nie pozwala mi na konsekwentne podtrzymywanie założeń i planów.
– O czym ty pieprzysz Gębczyk?
Ano o tym, że raz trzymam życie za tzw. “mordę”. Jestem dążącym do własnych celów facetem, w dobrze dobranej koszuli (czasem w kombinezonie roboczym), zarabiającym na moje marzenie, czyli firmę produkcji wideo. Ale czasem jest tak, że pojawiam się drugi "ja" i jestem już rockersem w rozchełstanej koszuli, z potarganą grzywą zasłaniającą pół twarzy. Nie umiem się wtedy na niczym skupić i gram większą część dnia na gitarze, czy siedzę wieczorem w barze z kumplami, “waląc” trzecie czy czwarte piwo (bądź “szkocką” czy inną “flaszkę na szczurach” – jak to mawiają amatorzy Taterek bądź Red Labela z polskiej manufaktury spirytusowej czyli With Red Sheet of Paper bitchezz!, czy innych zaskakujących w smaku specyfików.)
Przyjmijmy, że pierwszy opisywany przeze mnie tryb mojej osobowości to będzie “przedsiębiorca”, a drugi, wyżej już wymieniany – “rockers”. Jakiś czas temu rockers wygrywał starcie z przedsiębiorcą. Zapuściłem się odrobinę wizualnie tj. spasłem się jak wieprz. Dobrnąłem do wagi 95 kilogramów, co skutkowało pojawieniem się brzucha jak u Robcia Makłowicza i drugiego podbródka jak u Jabby (o wspaniały królu czarnego rynku Tatooine). Straight jeansy zmieniły się w rurki, rurki w legginsy, i niestety musiałem je porzucić, a mój niebieski garnitur nagle stał się dwa rozmiary mniejszy (do tej pory nie rozumiem tej magicznej przemiany). Postanowiłem wziąć sprawy w swoje krzywe łapska i zmienić trochę styl życia. Jeść bardziej świadomie i rozsądnie, ale nie odmawiać sobie przy tym przyjemności takich jak Pizza od Irka (Irek robi takiego placuszka, że “aż pitok mi odlatuje” - cytując klasyka), dobrego portera co jakiś czas czy szklanki whisky z kumplami. Przedsiębiorca walczy o to, żebym regularnie biegał, chodził na koszykówkę, nie zjadał trzech talerzy spaghetti na obiad tylko jeden, trochę rozsądniej wybierał dania w knajpach i w ogóle same knajpy na lunch czy obiad. Nie smażyć sobie burgerka tylko zrobić makaron ze szpinakiem itd. Schudłem 15 kilogramów, wyglądam korzystniej niż wcześniej i czuje się tak “zdrowotnie” dużo lepiej (to pewnie również zasługa permanentnego rzucenia fajek, czego rockers mi zabraniał bardzo długo i często do nich wracałem; generalnie polecam każdemu jako “pieprzony neofita”, rzućcie pety). Nie biegam codziennie, więc siłą rzeczy któryś wieczór mam wolny. No to wypada spotkać się z przyjaciółmi. Jak tu odmówić piwa najlepszej bloggerce na świecie, urodziwej żydówce, czy fanatykowi uszczelek spod głowicy, tłoków i innych zawartości silnika, bądź architektowi z nienaganną fryzurą (specjalnie nie chce ujawniać danych tych osób, ale kto ma wiedzieć ten wie pzdr. 600 na rejonie). I tutaj bardzo często odzywa się rockers, który proponuje mi drugie, trzecie, czwarte piwo zamiast jednego, whisky, rum czy inny alkohol gotowy do przyjemnego spożycia. Myślicie sobie, no jak ktoś raz wypije trochę więcej to nic się nie stanie – i macie racje. Tylko bywa często tak, że wracam do domu, a tu okazuje się, że mam wstać bardzo rano i czeka mnie dużo pracy fizycznej, albo miałem zmontować film na pojutrze dla klienta, czy wysłać mu chociaż część do wglądu. Wtedy jest tragedia bo zarywam nockę przy Premiere Pro, ponieważ nie pozwolę sobie na fuszerkę i światło monitora wypala mi oczy, a rano znów czuje się nieprzydatny do używalności.
No i od jakiegoś czasu borykam się z tym prozaicznym problemem, który ma pewnie miliard innych ludzi, bo przedsiębiorca pojawił się dopiero dosłownie parę lat temu i walczy o słuszną sprawę z tym “drugim”. Trudno mi się całkowicie oderwać od tego mniej poukładanego wcielenia, bo większość mojego adolescentnego życia to rock’ n roll, objawiający się w wielu aspektach – grając w kapeli muszę mieć ten "polot" i "swing".
Koniec tego smutnego pierdzenia. Ja jestem Andrzej i chce się tym tekstem z Wami przywitać, ponieważ dzięki temu zrozumiecie dlaczego na tym blogu będzie taki tematyczny chaos, który paradoksalnie jest pod lekką kontrolą. Teraz adiós, bo lecę gotować pasta napoli dla rodzinki.
Wydaje mi się, że każdy z nas na w sobie kilka postaci. Często sprzecznych. Każdego dnia musimy podjąć decyzję, którą z nich doprowadzimy do głosu. Ważne jest, aby ten prawdziwy „ja” słuchał szeptów postaci, która jest z nim zgodna. Z jego naturą
OdpowiedzUsuńMasz bardzo charakterystyczny styl pisania. Nieco ciężki, ale charakterystyczny. Przez to wydaje mi się, że bardzo dobrze odnajdziesz się na blogspocie. Życzę powodzenia w dalszym tworzeniu ( i tutaj i w prawdziwym życiu. Pozdrawiam :)
Dziekuje bardzo. :3
Usuń